A w osadzie w Dyminie działo się…

(26 lipca – 6 sierpnia)

        26 lipca, niedzielny wieczór, 80 osób pełnych entuzjazmu spotkało się na dworcu PKP w Bielsku Białej. Po chwili wśród gwaru usłyszeliśmy donośny głos kierownika obozu – ks. Mirka Czyża, który kazał nam podzielić się na grupki, w jakich zamierzaliśmy siedzieć w pociągu. Nic nam więcej nie pozostało tylko pożegnać się z rodzicami i odnaleźć swój wagon. Zapowiadała się długa noc w ciągłej podróży. Myślę jednak, że to było przemyślane ze strony kadry, aby jechać nocą, żebyśmy następnego dnia tak nie szaleli. Około 8:30, zmieniając po drodze środek transportu na autobus, dojechaliśmy na miejsce docelowe – Dymin.
        Jest to mała osada położona w województwie pomorskim. Gdy dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazał się duży ośrodek bezpośrednio nad jeziorem. Po terenie campingu swobodnie biegały sobie dzikie króliki.
        Nudzić się tam było trudno, gdyż na miejscu znajdowało się boisko do siatkówki, koszykówki i piłki nożnej, więc każdy znalazł coś dla siebie. Pierwszy dzień był raczej spokojny, ponieważ wszyscy zmęczeni po podroży nie mieliśmy wystarczającej ilości energii. Po obiedzie mieliśmy spotkanie zapoznawcze. Podzieliśmy się na grupy i wykonywaliśmy zadania, które miały pomóc nam lepiej się zapoznać.
        Kolejne dni były równie ciekawe, wszyscy czuli się już bardziej swobodnie. Kadra stanęła na wysokości zadania i każda osoba była odpowiedzialna za warsztaty i za poszczególne tematy. Tematyka, która towarzyszyła nam przez cały obóz, była z wiązana z bohaterami biblijnymi. Omawialiśmy życie Daniela, Dawida, Jaabesa, Jonasza i Mojżesza, a na koniec usłyszeliśmy historię współczesnego bohatera Cześka – który opowiadał o trudnej sztuce przebaczenia mamie-alkoholiczce.
        Odbywały się warsztaty plastyczne, na których robiliśmy torby, bransoletki i obudowy na telefon w kształcie...uwaga... królików. Około godziny 12:00 każdego dnia mogliśmy usłyszeć dźwięki gitarowych warsztatów muzycznych. Potem osoby uczące się grania na instrumencie mogły się sprawdzić podczas społeczności i przygrywać nam podczas śpiewu.
        Przez większość czasu obozowego była możliwość popedałowania na rowerku wodnym lub wiosłowania na kajaku bądź łódce. Odbyły się też różnego rodzaju turnieje m.in. tenisa stołowego czy walki na rękę. Oba przysporzyły wielu emocji. Nauczyliśmy się, aby nie lekceważyć przeciwnika. Gdy widzisz, że naprzeciwko ciebie siada drobna kruszyna i chce się siłować na rękę, myślisz sobie: no nie, to są jakieś żarty, a ona może cię nieźle zaskoczyć.
        Nie obyło się też tradycyjnych meczów „kadra kontra obozowicze”. W siatkówkę bezkonkurencyjni okazali się obozowicze. W piłkę nożną przegraliśmy specjalnie (po rzutach karnych), żeby kadra nie załamała się dwiema sromotnymi porażkami.
        Również w tym roku nie zabrakło tzw. łowów. W grupach wykonywaliśmy zadania. Na przykład dziewięć osób musiało wspólnie stać na siedmiu punktach podparcia w tym na czterech rękach i trzech nogach, co było dużym wyzwaniem, kombinowaliśmy ostro, zaliczyliśmy mnóstwo upadków, ale udało się. Łowy to nie tylko zadania fizyczne. Wakacje wakacjami, Dawid z kadry przygotował dla nas również zadania matematyczne (z silnią!), co dla większości okazało się nie do przejścia. Tak naprawdę tylko jedna grupa uporała się z tym zadaniem. Po wyjaśnieniu rozwiązania poznaliśmy ten przedmiot na poziomie policealnym, więc teraz w szkole zostaniemy obsypani piąteczkami.
        Paintball też był nie lada atrakcją. Wszyscy wyszliśmy z pola bitwy umalowani od stóp do głów. W niedzielę pojechaliśmy do Słupska (75 km), by uczestniczyć w nabożeństwie w tamtejszej ewangelickiej parafii. Potem udaliśmy się do Ustki, by spędzić czas nad naszym Morzem Bałtyckim.
        Przez cały obóz żarty się nas trzymały, więc bez psikusów nie mogło się obejść. Przywiązanie kogoś do drzewa to był chleb powszedni. Kadra też nie próżnowała z żartami, codziennością były głośne pobudki z wuwuzelą, a czasami dawka zimnej wody w jeziorze skutecznie budziła wszystkich śpiochów.
        Obóz minął w mgnieniu oka, wśród tylu atrakcji nie sposób było się nudzić. Do omówienia miałabym jeszcze wiele wątków, ale nie wystarczyłoby na to miejsca, więc jeżeli ktoś chciałby je poznać, to niech jedzie w przyszłym roku.
        Taki obóz to genialna okazja, żeby poznać nowych ludzi i przeżyć fajne przygody. Wszyscy są otwarci i mili, a przede wszystkim chętni do porozmawiania o „życiu i śmierci”, więc jeżeli ktoś jeszcze się zastanawia się czy jechać, to zachęcam, nie zawiedziecie się.

***

        To wielkie 10-dniowe przedsięwzięcie zostało dofinansowane ze środków budżetowych Gminy Skoczów, za co wyrażamy serdeczne podziękowanie.
Wiola i Weronika Pezda